Ekhm. Reżim Kaddafiego, głód w Somalii i typowany laureat
przyszłorocznej Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki jądrowej szczerze mi chwilowo wiszą koło dupy. Mam inny
dramat. MAJONEZU ZABRAKŁO!
Jeżu, jeżu, na pohybel bezśmieciowej diecie, w stanie
przedkacowym czyli jeszcze obrzydliwego upojenia (o tym będzie), wyrzucona z
wyra strumieniem słów tak dwuznacznych jak seria pocisków z kałasza, postanowiłam
ugotować jajka. Od 3 tygodni jestem konsekwentna i nie jem nic, co zawiera
więcej niż 10% tłuszczu, czyi głównie jabłka i grejpfruty. Jak nie pojawię się
przez 3 dni na fejsbuku, można zacząć słać mi paczki żywnościowe do szpitala.
Bo wiadomo jak karmi NFZ, a dieta ubogoenergetyczna w moim paranoicznym
wykonaniu niechybnie prowadzi do cmentarza. Jak Shazza. Btw, zasłyszałam
ostatnio w Radio Złote Przeboje fragment wywiadu z wirtuozami słowa i gitary z
zespołu Big Cyc, nt. wspomnianej divy właśnie. Że przestali grywać na
koncertach numer o tych chwytliwym refrenie, gdyż pani diva skończyła się
muzyczno-scenicznie. Z powodów nieznanych. Ale wypijemy za to, bo czemuż nie.
Zresztą, z konieczności rozpiłyśmy dziś krowę na dwie. Krowa
to, jak maupka, znana miara pojemności, prawda? Krowy dzielą się na jałówki
(niedymane), pierwiastki (po jednym cieleniu) i klępy (po dwóch wycieleniach). Potem
to już tylko rogi do odzysku, reszta na mączkę. Zrobiłam się ostatnio cudownie
rzeźnicko romantyczna. Ale nie wiedzieć czemu przeklinam mniej. Może
przerzuciłam już swoją górkę mięsa i wystarczy. Choć wydawało mi się, że
wypiłam też już swoje jeziorko wódki, ale się pomyliłam. Dawno, nie pamiętam
czy kiedyś w ogóle.. dawno nie osiągnęłam stanu tak absolutnego pijaństwa jak
dziś o 20. W sensie, że tuż po wiadomościach a jeszcze przed pogodą zyskałam
zdolność widzenia spektrum światła. I
innych obiektów. Potrójnie. W sumie szkoda soboty, zdążyłam pomyśleć, po czym
spasteryzowałam się po prysznicem i teleportowałam do łóżka. Dosłownie, bo nikt
nie wie jak się tam znalazłam. I moja mama, z telefonem o 23 „gdzie ty dziecko
jesteś, pijaku, bo czekam na ciebie”… „mamo, w łóżku…”… love, zaiste.
I nie będzie poważnie wcale, choć powinnam nadmienić, że to
pijaństwo, nieplanowane, acz uzasadnione przyjacielskim obowiązkiem, skończyło
się moim zgonem i cudowną konkluzją rzeczywistości przez K., brzmiącą mniej
więcej, o ile pamiętam „a chuj”. I wiem, że obiecałam jej, że ją tu opiszę z
tytułu jakiegoś lotnego cytatu, ale za cholerę nie pamiętam jakiego. Przyjdzie
pamięć, będzie cytat. A poza tym mam piękny, wyremontowany salon z gigantyczną
kanapą, z którą mi całkiem do twarzy. I na której, bez przecinka, zjadłam dziś jednąósmą
słonecznika. Bo zdrowy.
Fajki też się skończyły, czas umierać.
w związku z: DUB FX – Love Me Or Not