Najnowsze notki

jeż Jerzy najeżony w jeżynach leży

  • Napisane 4 Wrzesień 2011 o 01:45

Ekhm. Reżim Kaddafiego, głód w Somalii i typowany laureat
przyszłorocznej Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki jądrowej szczerze mi chwilowo wiszą koło dupy. Mam inny
dramat. MAJONEZU ZABRAKŁO!

Jeżu, jeżu, na pohybel bezśmieciowej diecie, w stanie
przedkacowym czyli jeszcze obrzydliwego upojenia (o tym będzie), wyrzucona z
wyra strumieniem słów tak dwuznacznych jak seria pocisków z kałasza, postanowiłam
ugotować jajka. Od 3 tygodni jestem konsekwentna i nie jem nic, co zawiera
więcej niż 10% tłuszczu, czyi głównie jabłka i grejpfruty. Jak nie pojawię się
przez 3 dni na fejsbuku, można zacząć słać mi paczki żywnościowe do szpitala.
Bo wiadomo jak karmi NFZ, a dieta ubogoenergetyczna w moim paranoicznym
wykonaniu niechybnie prowadzi do cmentarza. Jak Shazza. Btw, zasłyszałam
ostatnio w Radio Złote Przeboje fragment wywiadu z wirtuozami słowa i gitary z
zespołu Big Cyc, nt. wspomnianej divy właśnie. Że przestali grywać na
koncertach numer o tych chwytliwym refrenie, gdyż pani diva skończyła się
muzyczno-scenicznie. Z powodów nieznanych. Ale wypijemy za to, bo czemuż nie.

Zresztą, z konieczności rozpiłyśmy dziś krowę na dwie. Krowa
to, jak maupka, znana miara pojemności, prawda? Krowy dzielą się na jałówki
(niedymane), pierwiastki (po jednym cieleniu) i klępy (po dwóch wycieleniach). Potem
to już tylko rogi do odzysku, reszta na mączkę. Zrobiłam się ostatnio cudownie
rzeźnicko romantyczna. Ale nie wiedzieć czemu przeklinam mniej. Może
przerzuciłam już swoją górkę mięsa i wystarczy. Choć wydawało mi się, że
wypiłam też już swoje jeziorko wódki, ale się pomyliłam. Dawno, nie pamiętam
czy kiedyś w ogóle.. dawno nie osiągnęłam stanu tak absolutnego pijaństwa jak
dziś o 20. W sensie, że tuż po wiadomościach a jeszcze przed pogodą zyskałam
zdolność  widzenia spektrum światła. I
innych obiektów. Potrójnie. W sumie szkoda soboty, zdążyłam pomyśleć, po czym
spasteryzowałam się po prysznicem i teleportowałam do łóżka. Dosłownie, bo nikt
nie wie jak się tam znalazłam. I moja mama, z telefonem o 23 „gdzie ty dziecko
jesteś, pijaku, bo czekam na ciebie”… „mamo, w łóżku…”… love, zaiste.

I nie będzie poważnie wcale, choć powinnam nadmienić, że to
pijaństwo, nieplanowane, acz uzasadnione przyjacielskim obowiązkiem, skończyło
się moim zgonem i cudowną konkluzją rzeczywistości przez K., brzmiącą mniej
więcej, o ile pamiętam „a chuj”. I wiem, że obiecałam jej, że ją tu opiszę z
tytułu jakiegoś lotnego cytatu, ale za cholerę nie pamiętam jakiego. Przyjdzie
pamięć, będzie cytat. A poza tym mam piękny, wyremontowany salon z gigantyczną
kanapą, z którą mi całkiem do twarzy. I na której, bez przecinka, zjadłam dziś jednąósmą
słonecznika. Bo zdrowy.

Fajki też się skończyły, czas umierać.

w związku z: DUB FX – Love Me Or Not

jedna kreska*

  • Napisane 8 Sierpień 2011 o 21:56

Całą sobą nienawidzę niedziel. Wszyscy najważniejsi ludzie w
moim życiu opuszczają mnie właśnie w niedzielę. Odkąd pamiętam.

Chciałam napisać o dramatach. O tym, że najlepszym
lekarstwem na ból głowy jest ból dupy, że z nieszczęśliwej miłości
najskuteczniej leczy siermiężny kopniak w inną część życia. Że w zasadzie co
miesiąc coś się pieprzyło, jak nie Leny, to delirium ojca. Że jak się już
pozbierałam w połowie kwietnia i kierowana resztą silnej woli i jakimś
absurdalnym instynktem samozachowawczym postanowiłam za wszelką cenę unieść
moją blond czuprynę wysoko i pokazać całemu światu środkowy palec… jak już
poczułam się silna, niezależna i szczęśliwa sama ze sobą, to tydzień później
pani doktor od podwozia zaśpiewała mi „PCOS i niepłodność”. Że to uczucie,
kiedy dotarło do mnie to co podejrzewałam przez lata, świadomość, że jestem
niekompletna, byle jaka, to uczucie było jak wiadro lodu. I ta świadomość, ze
dzieci owszem – mogę mieć, ale po leczeniu i to najlepiej od razu, bo za 5 lat
może być a późno. Że nawet jeśli straszyła mnie na wyrost, to wżarło mi się to
w głowę i siedzi. I że wystraszyła mnie skutecznie. I ta bylejakość dopada mnie
czasem w środku nocy wiec budzę się z bezdechem.

Chciałam napisać o całej masie mniejszych miłostek i
większych romansów. O całkowitym braku rozsądku, emocjonalnym łajdactwie i całym
szeregu absztyfikantów mojej dupy. I o tym, że kiedy już zwątpiłam w facetów i
w siebie, jako potencjalne źródło westchnień nie tylko orgazmicznych, zupełnym
przypadkiem na mojej drodze pojawił się ktoś. I że wlazł w moje życie i
wywrócił je do góry nogami. Że nagle, nawet o to nie prosząc, a właściwie nie
mając zbyt wiele do powiedzenia, zostałam obdarowana wszystkim tym, czego tak
bardzo było mi potrzeba. Że całował mnie, przytulał, był o każdej porze dnia i nocy
nieproszony. Że oceniłam go na trzeźwo, krytycznie i nagle stwierdziłam, że to
mężczyzna dla mnie doskonały. Pod każdym względem, bez wyjątku. I chciałam
napisać, że zanim się obejrzałam, tak bezmyślnie, po gówniarsku, zakochałam się
bez pamięci. Chciałam tu wrócić i wykrzyczeć całemu światu, że jestem cudownie
szczęśliwa. Że pierwszy raz od dawna czuję się spokojna. I że nawet te 340 km
mnie nie przeraża, choć przecież zaklinałam się, że już nigdy przenigdy żadnych
związków na odległość. Chciałam Wam opowiedzieć, o tym, że jest mi po prostu
dobrze, że uwierzyłam, ze wszystko się w końcu poukłada. Że się układa.

Nie zdążyłam. Bo jak się okazało, nie było jednak aż tak
pięknie jak myślałam. A nawet jeśli było, to już więcej nie będzie.

Dramat minionej nocy, krótki ale w swej sile bardziej
porażający niż wszystkie dramaty stycznia, lutego i kolejnych miesięcy, uświadomił
mi, że nie potrafię żyć sama. Że w jednoosobowym układzie odniesienia jestem
bezwymiarowym punktem. Że jestem zwyczajnie nieszczęśliwa. I wiem, że będzie
tylko gorzej. I zupełnie poważnie doszłam wczoraj do wniosku, że gdyby nie moja
mama, już by mnie tu nie było. Tylko jej łez żal, bo ma tylko byle jaką mnie.

Jakiś defekt mam, że lokuje uczucia w popaprańcach. Z całym
szacunkiem. W końcu swój do swego ciągnie.

* "nie jesteś w ciąży". nawet na wpadkę nie mogę liczyć. to jakaś pierdolona, samospełniająca się przepowiednia.

kobieta z traktorem

  • Napisane 4 Sierpień 2011 o 17:58

to na początek. jakoś muszę wrócić.
mam tyle do opowiedzenia, że to wszystko z pewnością się tu nie zmieści. w związku z powyższym uśmiecham się szelmowsko i uparcie milczę. przynajmniej na tematy egzystencjalno-emocjonalne.
za to, jak już się zbiorę, w następnym odcinku opowiem o tym, jak to zdolny tyś wyremontował swój salon, zrównując wszystko uprzednio z ziemią. i jakie ma piękne granatowe ściany i jak jej się świeci. aco :)

she’s got nothing on (but the radio)*

  • Napisane 17 Czerwiec 2011 o 23:29

Życzę sobie spotkać w końcu faceta z jajami większymi od moich.

* już w niedzielę na Torwarze posłucham tego na żywo. Więc wiadomo co w głośnikach…

when there’s no love I make it in my mind…

  • Napisane 22 Maj 2011 o 23:01

"Jakieś burze, podróże, Bóg wie co…"

Niby nic, a dzieje się tak wiele. Niby tyle się dzieje, a nic się nie zmienia. Tylko zdrowa przestałam być na dobre.


Wkręcił mi się Smolik. To taki maj jak sprzed kilku lat… Taka się czuję.

Robyn

  • Napisane 4 Kwiecień 2011 o 20:50

Napisałam długą i sugestywną notkę na temat tematów bieżących. Ale blog posłał ją w kosmos przed dokończeniem. Najwyraźniej nie miała wyjść na światło dzienne. To tak jak z przedwczorajszym drinkiem, kupiłam, chwyciłam i wypadł mi z rąk, w całości wylewając się na podłogę. Nie miał być wypity. Choć nie wierzę w przeznaczenie, nie jestem kurwa masochistką.
Mój ojciec w delirium tremens leży w szpitalu. Kto nie widział, ten nie jest w stanie sobie wyobrazić, jak koszmarny jest to stan. Jest wielce prawdopodobne, że jak tylko zrehabilitują go po operacjii, wyląduje w zakładzie dla czubków. Czas na to najwyższy, wszak jest czubkiem i wiem to nie od dziś, tylko moja mama długo nie chciała w to uwierzyć. Zresztą o mamę bardziej się martwię, bo jest kłębkiem nerwów i nijak nie mogę jej pomóc.
Wczoraj pierszy raz widziałam się z Ex. Przez jakieś 2,5 minuty. Uparł się, żeby koniecznie oddać mi resztę moich rzeczy. Przyjechał. Wbrew temu, co myśli moja rodzina, nie dlatego, że ma jakiekolwiek wątpliwości lub wyrzuty sumienia, a dlatego, żeby zamknąć rozdział w życiu i mieć  mnie z głowy raz na zawsze. Jego widok nie zrobił na mnie żadnego wrażenia. Ani o nim myślę, ani za nim tęsknię, wisi mi koło dupy. I nie żałuję, bo wiem, że w sytuacji, w której się teraz znalazłam, zupełnie nie mogłabym liczyć na jego wsparcie. Trochę jestem niedopieszczona, ale byle komu dotknąć się nie dam. Jestem na skraju rozsądku, nie będę myśleć za innych. Lada moment zacznę robić głupoty, ale każda moja decyzja podszyta jest sztywnymi moralnymi zasadami. Nawet, jeśli ta moralność odbiega od ogólnie przyjętego schematu.
Mam ostatnio ciężką fazę na infantylną muzę. Wczoraj Backstreet Boys, w międzyczasie jakieś amerykańskie hiciory dla nastolatków. I nieodmiennie, coraz częściej Lady Gaga, moja bogini performance. Ubóstwiam ją nie-muzycznie, ale z powodu czystych estetycznych ekstaz, których dostaraczają mi jej klipy.
Podobno wyglądam jak Robyn. No, jestem nieco ładniejsza.


m
P.s. zrobiłam test osobowości. zupełnie szczerze i bez ściemy. wyszło, że jestem przezajebista. zabawne, co?

teenage sensation

  • Napisane 11 Marzec 2011 o 23:06

Znów czuję się jak studentka. Właściwie nawet lepiej – mogę szaleć, ale rozsądnie, na więcej mnie stać, sprawiam sobie niekończące się przyjemności. Wypracowałam spokój, nie myślę o przeszłości, przyszłość mnie nie martwi. Mam pracę, w której jestem doceniana, a te 8 godzin dziennie to dla mnie czas dodatkowego relaksu. Nie mam obowiązków, fortunę wydaję na hobby, nad którym spędzam cały wolny czas. O ile akurat nie imprezuję i nie łajdaczę się alkoholowo. To też jest fajne, że mogę. Mam całą masę ludzi, którzy dbają o mój dobry humor, a których coraz mniej potrzebuję, bo już sama o siebie świetnie dbam. A odkąd zmieniłam fryzurę większość kobiet patrzy na mnie z zawiścią, a wszyscy niemal faceci, bez względu na wiek, jakoś głębiej zaglądają mi w oczy. Słyszę komplementy, że ociekam zajebistością, bo jestem zajebista, tak wyglądam i tak się czuję. Tym razem nie kłamię, tym razem, wyjątkowo, nie jestem cyniczna. Blond wampy rządzą, niech no tylko przyjdzie ciepło, to wbiję się w moją ukochaną panterkę. Trochę choruję, ale to nie problem, albo umrę, albo nie, jakby nie było, będzie dobrze. Tylko, jak co roku, nadchodząca wiosna usiłuje mnie wykończyć psychofizycznie, ale skoro dotąd się nie dałam, to i tym razem sobie z nią poradzę. Obserwację poczyniłam jedną zasadniczą: najbardziej ekspansywnie, prócz mojeko kota w trikolorze, lecą na mnie faceci zajęci. Żonaci lub w związkach, pewnie nieszczęśliwi, przekonani, że jestem w stanie jakoś im pomóc. Choćby utrzymać ciśnienie na odpowiednim poziomie. Bawi mnie to niezmiernie. Nic nie mam do stracenia, nie muszę być rozsądna ale jestem. Nie za siebie, ale za jednego, drugiego i kilku następnych. Bezpośrednie wręcz propozycje odpieram zdecydowanie. Nie jestem wszak zainteresowana. Jak będę, to powiem.

Znalezione drogą sugestii youtube, lubię:

rockin rollercoaster!

  • Napisane 24 Luty 2011 o 21:32

Chyba wiosna idzie, bo ludziom chuć przez skórę wyłazi. Mnie też, nie powiem, zawsze miałam porno w głowie ale teraz to już przesada! Ostre żarty, którymi karmimy się w pracy trzeba będzie okiełznać, bo niektórzy biorą je tak dosłownie, że wczoraj dostałam propozycję wybitnie niedwuznaczną. Widać kto mnie zna a kto nie, bo zawsze tak było, jest i pewnie będzie, że o dupach i seksie lubię sobie pogadać wprost ale jak mam ochotę zaciągnąć kogoś do łóżka to już nie jestem taka odważna. Btw, oddam w lizing (w Polsce jesteśmy/ słowo klucz!) dwa wibratory. Jeden miękki, drugi twardy, jeden au natur, drugi kurewsko różowy. Nie używam i raczej nie zacznę póki nie zostanę lesbijką.
Nalałam sobie dziś wody do butów, bo lubię, aco, a potem przymarzłam na 40 min do podłoża. Telepie mną ode ściany dode ściany i ani czosnek ani polopiryna ani witaminy tylko zwyczajna, staroświecka rżnięta góralska herbata pomagają. I pomijając fakt, że jestem już wcięta i lekko płynę stwierdzam, że to pierwszy dobry tydzień w tym roku. Zajebisty!

p.s. Puss, Ty piczko, ja Ci się oświadczam, a Ty gardzisz mą młością? ;)

w związku/bez związku: Nicolas Jaar – Stay In Love

posłuchaj, nawet jeśli nie lubisz, przynajmniej ze 3 razy. wkręca się i jest tak cudnie pozytywne! :)

Misia Zdzisia

  • Napisane 3 Luty 2011 o 01:13

Strasznie się kiedyś nabijałam z tego, że mózg kobiet w ciąży zamienia się w twór budyniopodobny i z każdym kolejnym tygodniem zarzuca funkcje odpowiedzialne za widzenie abstrakcyjne i panoramiczne tudzież za oscylowanie myślami gdzieś dalej poza kwestie wzdęć, zgagi i rozstępów a potem kupek, pieluszek i ząbków. Znaczy, generalizuję i jestem świnia i pewnie jakbym była w ciąży miałabym dokładnie tak samo i każdy kogo tym uraziłam miałby prawo kopnąc mnie wówczas w mój ciężarny tyłek. Ale w ciąży nie jestem i wątpię bym kiedykolwiek była. Kilka dni temu, o 5 nad ranem olśniło mnie, że ta miłość, taka ślepa i bezwarunkowa jest stanem w skutkach zbliżonym do ciąży. Robi się kisiel zamiast mózgu a człowiek traci zdolność logicznego myślenia. Nie mówiąc o zmuszaniu się do zaspokajania potrzeb innych niż bliskość, czułość i obecność sprawcy całego miłosno-kisielowego zamieszania. Znaczy ja tak miałam i może jestem dziwna, bo mój szanowny Ex wręcz przeciwnie. Znaczy, że jego rozwój i zaspokajanie potrzeb były dla niego priorytetowe. No i już mi, po tak krótkim czasie przychodzi do głowy myśl, że sama jestem sobie w tej kwestii winna, bo trzeba było dbać o siebie w pierwszej kolejności a dopiero później o niego. Może się na przyszłość nauczę.
Im dłużej myślę o całej tej sprawie, argumentach, które u słyszałam, a które same sobie zaprzeczały i zaprzeczały temu co słyszałam niemal codziennie przez ostatnie 2 lata i na pewno przez ostatnie 5 miesięcy, tym mniej z tego wszystkiego rozumiem. A po głowie tłucze mi się myśl, że gdzieś kiedyś kłamał, nie wiem jeszcze tylko gdzie i kiedy. Bo kochać nie przestaje się z dnia na dzień. Bo jak się kocha, to staje się na głowie żeby o tą miłość zadbać i ją pielęgnować. Jak się kocha to walczy się do utraty tchu, walczy z przeciwnościami a nie z samym sobą i własnym uczuciem. Wiem co mówię, bo walczyłam. Jestem wściekła. Już nie płaczę, przynajmniej natenczas, jestem po prostu wściekła do cna. Wyzuta i wyżęta. I cały czas mam takie odczucie, jakby wszystkie te łzy i cały ten smutek dusząc się w środku spływały po mnie od środka i zalewały mnie od stóp całą. Po żebrach, płucach, lędźwiach, jakbym topiła się w tych łzach od wewnątrz. Czuję się jak małe dziecko, które zły rodzic zostawił na środku ruchliwej ulicy i zniknął. Tak właśnie czuję się oszukana. Dziś wyjątkowo nie piłam. Boli mnie prawa górna ćwierć człowieka, ledwo dycham. Palę za to tak nieprzyzwoite ilości papierosów, że aż samą mnie to zatrważa.
Z nieba spadają mi ludzie, od których nie śmiała bym wymagać zainteresowania a otrzymuję je. Trzymają mnie przy życiu troskliwe smsy o 5 nad ranem, trzymają telefony, których nawet nie odbieram, ale dzwonią. Trzyma mnie mama, przed którą pierwszy raz w życiu w sobotę otworzyłam się tak totalnie i do końca, opowiadając o najintymniejszych kwestiach mojego byłego-już-związku. Trzyma mnie nadzieja, że jakoś się poukłada, że jeszcze kiedyś będę szczęśliwa. I że może ktoś zaakceptuje mnie z całym inwentarzem, tych dobrych i tych złych cech, zamiast robić ze mnie jędzę i potwora.
Kompulsywnie szydełkuję. Nakupiłam tyle książek, że nie mogłam ich udźwignąć. To nie zastąpi mi poczucia bezpieczeństwa, ale przynajmniej będę miała co podłożyć pod rozchybotaną nogę od stołu.
Marzę o wakacjach na Krymie.

zasłyszałam dziś i zakochałam się, teraz słucham w zapętleniu:

P.S. na imieniny w pracy od Nadzoru dostałam wielki różowy wibrator (w razie potrzeby) i wielkiego włochatego kaktusa (w razie braku baterii). Dobrze, że otoczenie utrzymuje odpowiedni poziom absurdu, to też trzyma mnie przy życiu

Supergrass – Lenny

  • Napisane 24 Styczeń 2011 o 18:01

bardzo wymowny tytuł, bardziej wymowny tekst. jestem chora fizycznie z wkurwa i rozczarowania.